Sprawa pewna jak amen w pacierzu. Najpierw zima, śnieg i mróz, a potem odwilż. A wraz z odwilżą drogowa katastrofa – jak kraj długi i szeroki asfalt zamienia się w szwajcarski ser. Powyginane felgi, uszkodzone zawieszenia, w najlepszym wypadku rozerwane opony. Z prawniczego punktu widzenia i na gruncie kodeksu postępowania cywilnego to proste sprawy. Zarządca danej drogi odpowiada za jej stan i ponosi koszty tego typu zniszczeń.
Ale już nikt nie ponosi odpowiedzialności za stracony czas i nerwy kierowców. Media właśnie doniosły, jak w jedną noc, na krótkim odcinku krajowej ósemki pod Bełchatowem, auta uszkodziło kilkudziesięciu kierowców. Ktoś na czas nie dowiózł towaru, ktoś inny spóźnił się w interesach. Do tego dopisać jeszcze trzeba papierologiczną mitręgę w dochodzeniu odszkodowania.
Temat pozimowych dziur na polskich drogach jest stary jak świat. Ale problem jest znacznie szerszy. Każdy kto jeździ po naszych szosach wie jak bardzo brakuje prawidłowo ustawionych i oświetlonych znaków drogowych. Pas drogowy przypomina rozmydloną wizję drogi mlecznej. Linie biało-czerwonych świateł odblaskowych umożliwiające ocenę granic pasa drogi są bezzębnymi formami katatonicznej troski o bezpieczeństwa na drodze. Ten skandal nie dotyczy jedynie starych, zaniedbanych dróg. Kilka miesięcy temu wyremontowana została dwupasmówka, wjazd od strony Gdańska do Warszawy. Mijam ten odcinek codziennie. Jej stan obecny jest rewelacyjnym bublem drogowym.
Kto się przejmuje lub kto powinien się przejmować tym po czym jeździmy? Ustawa o drogach publicznych wymienia względnie krótką listę wszystkich odpowiedzialnych zarządców. Ich postawa przypomina wyścigi żółwia ze ślimakiem – od czasu do czasu można tylko usłyszeć, że ścigający się idą w niewłaściwym kierunku.
Wozy policyjne spotykam na naszych drogach codziennie Ale zarządców skutecznie zwalczających niebezpieczny stan naszych dróg jakoś nie widać. System wymuszania bezpiecznej drogi w Polsce nie istnieje. Prawo karne w tym wykroczeniowe jest starannie omijane przez organy odpowiedzialne za jego stosowanie. W efekcie poziom śmiertelności na polskich drogach jest najwyższy wśród krajów Unii Europejskiej. Podwozia naszych samochodów cierpią w pierwszej kolejności.
środa, 6 lutego 2013
czwartek, 17 stycznia 2013
Rewolucji nie będzie
Nie oznacza to jednak, że nowe prawo wejdzie w życie jakimś przewidywalnym terminie. Prace legislacyjne w przypadku tego typu projektów trwają latami. Uzgodnienia międzyresortowe i konsultacje społeczne, a potem żmudna ścieżka w parlamencie – to nie będzie łatwy proces i wcale nie jest pewne, że nowe przepisy uda się uchwalić przed końcem kadencji Sejmu (co automatycznie sprawi, że projekt wyląduje w koszu).
Taki scenariusz jest tym bardziej prawdopodobny, że znaczna część środowiska prawniczego, a zwłaszcza środowiska sędziowskiego, podchodzi do zapowiadanych zmian z dużą rezerwą. Choć jeszcze nie znamy szczegółów, wiadomo, że jedna z najważniejszych zmian będzie polegać na wprowadzeniu elementów kontradyktoryjności w procedurze karnej. Tak jak ma to miejsce w procedurze cywilnej, albo to co znamy z amerykańskich filmów strony w procesie – oskarżenie i obrona – występowały by na równych prawach. Na równych prawach zgłaszały by dowody. Zarówno obrona jaki i oskarżenie mogłyby na przykład złożyć dowód w postaci ekspertyzy biegłych albo inne analizy. Co więcej sąd badałby tylko te dowody, które zgłosiły strony. To czego nie zgłosił prokurator albo adwokat nie byłyby w ogóle przez sąd rozpatrywane.
Osobiście uważam, że takie rozwiązanie ma sporo zalet. Boję się jednak, że taka rewolucja, a byłaby to prawdziwa rewolucja w procedurze karnej, nigdy nie wejdzie w życie. Środowisko prawnicze nie lubi tego typu nagłych zmian. Dziś niechęć budzą na przykład rozprawy elektroniczne, które zamiast żmudnego protokółowania są rejestrowane kamerą. A przecież przy projekcie ministerstwa, który wywróci procedurę karną do góry nogami, to ledwie drobiazg
niedziela, 9 grudnia 2012
Prawo i medycyna
Przypadek tak tragiczny, że trudno o większy dramat. Oto Bartłomiej Bonk, polski sztangista z klubu Budowlani Opole, zdobywa brązowy medal na igrzyskach olimpijskich w Londynie. W kraju zaskoczenie i euforia, bo Bonk do faworytów nie należał, zresztą faworyci zawodzą na całej linii. - Ten medal dedykuję córkom – mówi dziennikarzom szczęśliwy sportowiec tuż po zejściu z podium. Jego żona jest wtedy w ciąży, spodziewa się bliźniaczek.
Dziewczynki przyszły na świat w ubiegłym tygodniu. Pierwsza z bliźniaczek urodziła się w dobrym stanie, druga – po 45 minutach – w złym, z ostrym niedotlenieniem mózgu. Noworodek jest w stanie skrajnie ciężkim, a rokowania są bardziej niż złe. Obecny przy porodzie olimpijczyk opowiada, że – mimo próśb i błagań jego żony – ordynator podjął decyzję o naturalnym porodzie. Stało się tak mimo że lekarz prowadzący ciążę zalecał cesarskie cięcie.
Przypadek ten rozważy sąd, bo sprawą już zajmuje się prokuratura. I jest to jedyny pozytywny aspekt odnoszący się do Bartłomieja Bonka. Dyrekcja szpitala nawet nie próbowała kręcić, nie zadziałała tak zwana solidarność zawodowa. Szefowie palcówki powołali specjalną komisję, która w zaledwie kilka dni stwierdziła błędy lekarzy. Ordynator i jego zastępca stracili pracę. Teraz czeka ich odpowiedzialność karna i zawodowa.
W swojej praktyce zawodowej od lat spotykam się ze sprawami o błędy lekarskie. W ostatnim czasie – ktoś może się zdziwić – coraz częściej zgłaszają się po pomoc sami lekarze, którzy czują się pomówieni przez pacjentów. Czym innym jest przecież błąd lekarski, a czym innym niezawinione powikłanie po zabiegu lub terapii. Kilka tygodni temu do mojej kancelarii zgłosił się stomatolog, którego pacjentka oskarżyła o błąd lekarski. Na czym polegała ów błąd? Po zabiegu protetycznym kobieta odczuwała bóle zębów. A ponieważ była to wizyta prywatna starsza pani odmówiła zapłaty za leczenie i jeszcze złożyła skargę do Izby Lekarskiej. Tymczasem opinia biegłego jasno wskazuje, że ból nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku takich zabiegów. Po prostu pacjentka znalazła patent jak nie płacić za prywatną wizytę.
Świadomość Polaków czym jest błąd lekarski rośnie – zarówno po stronie lekarzy jak i pacjentów. Są niestety też tacy, którzy próbują na tym skorzystać w nieuczciwy sposób.
Dziewczynki przyszły na świat w ubiegłym tygodniu. Pierwsza z bliźniaczek urodziła się w dobrym stanie, druga – po 45 minutach – w złym, z ostrym niedotlenieniem mózgu. Noworodek jest w stanie skrajnie ciężkim, a rokowania są bardziej niż złe. Obecny przy porodzie olimpijczyk opowiada, że – mimo próśb i błagań jego żony – ordynator podjął decyzję o naturalnym porodzie. Stało się tak mimo że lekarz prowadzący ciążę zalecał cesarskie cięcie.
Przypadek ten rozważy sąd, bo sprawą już zajmuje się prokuratura. I jest to jedyny pozytywny aspekt odnoszący się do Bartłomieja Bonka. Dyrekcja szpitala nawet nie próbowała kręcić, nie zadziałała tak zwana solidarność zawodowa. Szefowie palcówki powołali specjalną komisję, która w zaledwie kilka dni stwierdziła błędy lekarzy. Ordynator i jego zastępca stracili pracę. Teraz czeka ich odpowiedzialność karna i zawodowa.
W swojej praktyce zawodowej od lat spotykam się ze sprawami o błędy lekarskie. W ostatnim czasie – ktoś może się zdziwić – coraz częściej zgłaszają się po pomoc sami lekarze, którzy czują się pomówieni przez pacjentów. Czym innym jest przecież błąd lekarski, a czym innym niezawinione powikłanie po zabiegu lub terapii. Kilka tygodni temu do mojej kancelarii zgłosił się stomatolog, którego pacjentka oskarżyła o błąd lekarski. Na czym polegała ów błąd? Po zabiegu protetycznym kobieta odczuwała bóle zębów. A ponieważ była to wizyta prywatna starsza pani odmówiła zapłaty za leczenie i jeszcze złożyła skargę do Izby Lekarskiej. Tymczasem opinia biegłego jasno wskazuje, że ból nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku takich zabiegów. Po prostu pacjentka znalazła patent jak nie płacić za prywatną wizytę.
Świadomość Polaków czym jest błąd lekarski rośnie – zarówno po stronie lekarzy jak i pacjentów. Są niestety też tacy, którzy próbują na tym skorzystać w nieuczciwy sposób.
wtorek, 18 września 2012
Sąd bez kręgosłupa
Gdy czytam w prasie o aferze z szefem gdańskiego Sądu Okręgowego na usta ciśnie mi się przysłowie „psy szczekają, karawana jedzie dalej”. Sędzia ten, przez litość nie wymieniajmy już jego nazwiska, jak dziecko dał się złapać przez wrocławskiego dowcipnisia, który podszył się pod ważnego urzędnika z kancelarii premiera. Wyszło na jaw, że prezes sądu w Gdańsku to człowiek pozbawiony kręgosłupa. Że na telefon z Warszawy jest gotów ustalić termin posiedzenia, a może i treść orzeczenia w bardzo istotnej społecznie sprawie. – Nie będzie zgody na obecność w sądach, ludzi wykonujących polecenia polityczne – huknął minister sprawiedliwości i wystąpił do Krajowej Rady Sądownictwa o odwołanie nieszczęśnika w funkcji.
Cóż, można powiedzieć, że w liczącym ponad 10 tysięcy osób środowisku sędziów zawsze znajdzie się ktoś, kto nie nadaje się do tej pracy (nie wspominając o stanowisku kierowniczym). Problem w tym, że przypadek z Gdańska to wcale nie wyjątek potwierdzający regułę. Z własnego doświadczenia wiem, że takich sędziów można wskazać w każdym rejonie, okręgu i apelacji.
Przykład z mojej własnej praktyki zaledwie sprzed kilku dni. Oto pewien deweloper zawarł z klientem umowę przedwstępną o sprzedaż nieruchomości. Ale po zawarciu umowy deweloper ten znalazł notariusza który ustanowił na jego rzecz (wbrew zapisom w Księdze Wieczystej w której ujawniono prawa klienta) odrębną własność lokalu. Notariusz bezprawnie stwierdził, iż w Księdze Wieczystej żadnych wpisów obciążających nieruchomość nie ma, z kolei deweloper oświadczył, że umów dotyczących tego lokalu z nikim nie zawierał.
Klientka dewelopera, gdy tylko odkryła co się stało, wystąpiła do sądu o uznanie umowy zawartej przed notariuszem za bezskuteczną co w tej sytuacji powinno być oczywiste dla każdego studenta prawa. Ale sąd, o zgrozo, oddalił powództwo! W swoim wyroku stwierdził iż przejęcie własności lokalu przez dewelopera, pomimo związania go umową przedwstępną z klientem, nie narusza praw nabywcy. Absurdalność tezy jest porażająca i wprost trudno uwierzyć.
Skład orzekający ogłosił ją z taką pewnością siebie i z taką determinacją, że rodzi się pytanie o co tu właściwie chodzi. Czy może o „ratowanie” notariusza, który jawnie naruszył prawo? Czy też może o pogrążenie niedoszłego nabywcy lokalu, który za mieszkanie zapłacił, a dostał figę?
Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem za to, że ten „prywatny” wyrok zamienia biblioteki prawnicze w makulaturę. Sędzia z Gdańska pewnie za kilka dni straci swoją funkcję i afera z jego udziałem ucichnie. Podobnie jak pohukiwania ministra.
Cóż, można powiedzieć, że w liczącym ponad 10 tysięcy osób środowisku sędziów zawsze znajdzie się ktoś, kto nie nadaje się do tej pracy (nie wspominając o stanowisku kierowniczym). Problem w tym, że przypadek z Gdańska to wcale nie wyjątek potwierdzający regułę. Z własnego doświadczenia wiem, że takich sędziów można wskazać w każdym rejonie, okręgu i apelacji.
Przykład z mojej własnej praktyki zaledwie sprzed kilku dni. Oto pewien deweloper zawarł z klientem umowę przedwstępną o sprzedaż nieruchomości. Ale po zawarciu umowy deweloper ten znalazł notariusza który ustanowił na jego rzecz (wbrew zapisom w Księdze Wieczystej w której ujawniono prawa klienta) odrębną własność lokalu. Notariusz bezprawnie stwierdził, iż w Księdze Wieczystej żadnych wpisów obciążających nieruchomość nie ma, z kolei deweloper oświadczył, że umów dotyczących tego lokalu z nikim nie zawierał.
Klientka dewelopera, gdy tylko odkryła co się stało, wystąpiła do sądu o uznanie umowy zawartej przed notariuszem za bezskuteczną co w tej sytuacji powinno być oczywiste dla każdego studenta prawa. Ale sąd, o zgrozo, oddalił powództwo! W swoim wyroku stwierdził iż przejęcie własności lokalu przez dewelopera, pomimo związania go umową przedwstępną z klientem, nie narusza praw nabywcy. Absurdalność tezy jest porażająca i wprost trudno uwierzyć.
Skład orzekający ogłosił ją z taką pewnością siebie i z taką determinacją, że rodzi się pytanie o co tu właściwie chodzi. Czy może o „ratowanie” notariusza, który jawnie naruszył prawo? Czy też może o pogrążenie niedoszłego nabywcy lokalu, który za mieszkanie zapłacił, a dostał figę?
Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem za to, że ten „prywatny” wyrok zamienia biblioteki prawnicze w makulaturę. Sędzia z Gdańska pewnie za kilka dni straci swoją funkcję i afera z jego udziałem ucichnie. Podobnie jak pohukiwania ministra.
piątek, 17 sierpnia 2012
Śmiech Towarzysza Bieruta
Warszawski ratusz pracuje nad ustawą reprywatyzacyjną. Idea słuszna, ale zadanie niemal nie do wykonania
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – z tego założenia wyszli warszawscy samorządowcy. Stołeczny ratusz poinformował właśnie, że pracuje nad własnym projektem ustawy reprywatyzacyjnej, która ma rozwiązać problem wynikający z tak zwanego dekretu Bieruta. Jesienią projekt ten – jego założenia nie są jeszcze znane – zostanie przekazany warszawskim posłom celem prac w parlamencie.
Sytuacja jest jak z marnego dowcipu. Przeklęty dekret, na mocy którego wszystkie grunty na terenie miasta stały się własnością państwa, był decyzją podjętą na stopniu centralnym. Natomiast jego konsekwencje ponoszą obywatele i samorząd. I to samorządowcy (zamiast posłów) muszą napisać ustawę, która uporządkuje bałagan z nieruchomościami w mieście.
Przytoczmy najważniejsze liczby. Na mocy dekretu z 1945 roku upaństwowiono ok. 40 tys. nieruchomości. Obecnie w Warszawie toczy się ok. 8 tys. postępowań dotyczących roszczeń związanych z dekretem, z czego 4,5 tys. spraw dotyczy zwrotu nieruchomości, a ok. 3,5 tys. to postępowania odszkodowawcze, czyli dotyczące zwrotu pieniędzy za nieruchomości objęte roszczeniami. Z własnego doświadczenia zawodowego wiem jak wiele z tych spraw jest uzasadnionych, jak wiele ma realne szanse na wygranie – przy zapewnieniu profesjonalnej pomocy prawnej.
Warszawski ratusz szacuje, że w latach 2012 – 2014 na wypłatę takich odszkodowań wyda 1,4 mld zł (co dla miejskiego budżetu jest kwotą astronomiczną). Do tego doliczyć trzeba inne koszty, które ponoszą wszyscy mieszkańcy. Żadna stolica europejska nie ma tak paskudnego centrum jak Warszawa – Plac Defilad przed Pałacem Kultury to ciągle wielki parking dla samochodów i autobusów. Reprezentacyjnej działki nie można zabudować z powodu galimatiasu w roszczeniami.
Do tej pory posłowie zachowywali się jak struś, który na zasadzie „jakoś to będzie” chowa głowę w piasek. Cztery lata temu prace nad ustawą reprywatyzacyjną podjął resort skarbu, ale sprawa rozeszła się po kościach. Boję się, że tym razem będzie podobnie. Posłowie dostaną projekt samorządowców po czym wrzucą go do swoich szuflad.
Pytanie czy stworzenie ustawy antydekretowej, takiej która byłaby satysfakcjonująca dla stron sporu i która jeszcze będzie zgodna z konstytucją, jest w ogóle możliwe. Towarzysz Bierut śmieje się zza grobu.
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – z tego założenia wyszli warszawscy samorządowcy. Stołeczny ratusz poinformował właśnie, że pracuje nad własnym projektem ustawy reprywatyzacyjnej, która ma rozwiązać problem wynikający z tak zwanego dekretu Bieruta. Jesienią projekt ten – jego założenia nie są jeszcze znane – zostanie przekazany warszawskim posłom celem prac w parlamencie.
Sytuacja jest jak z marnego dowcipu. Przeklęty dekret, na mocy którego wszystkie grunty na terenie miasta stały się własnością państwa, był decyzją podjętą na stopniu centralnym. Natomiast jego konsekwencje ponoszą obywatele i samorząd. I to samorządowcy (zamiast posłów) muszą napisać ustawę, która uporządkuje bałagan z nieruchomościami w mieście.
Przytoczmy najważniejsze liczby. Na mocy dekretu z 1945 roku upaństwowiono ok. 40 tys. nieruchomości. Obecnie w Warszawie toczy się ok. 8 tys. postępowań dotyczących roszczeń związanych z dekretem, z czego 4,5 tys. spraw dotyczy zwrotu nieruchomości, a ok. 3,5 tys. to postępowania odszkodowawcze, czyli dotyczące zwrotu pieniędzy za nieruchomości objęte roszczeniami. Z własnego doświadczenia zawodowego wiem jak wiele z tych spraw jest uzasadnionych, jak wiele ma realne szanse na wygranie – przy zapewnieniu profesjonalnej pomocy prawnej.
Warszawski ratusz szacuje, że w latach 2012 – 2014 na wypłatę takich odszkodowań wyda 1,4 mld zł (co dla miejskiego budżetu jest kwotą astronomiczną). Do tego doliczyć trzeba inne koszty, które ponoszą wszyscy mieszkańcy. Żadna stolica europejska nie ma tak paskudnego centrum jak Warszawa – Plac Defilad przed Pałacem Kultury to ciągle wielki parking dla samochodów i autobusów. Reprezentacyjnej działki nie można zabudować z powodu galimatiasu w roszczeniami.
Do tej pory posłowie zachowywali się jak struś, który na zasadzie „jakoś to będzie” chowa głowę w piasek. Cztery lata temu prace nad ustawą reprywatyzacyjną podjął resort skarbu, ale sprawa rozeszła się po kościach. Boję się, że tym razem będzie podobnie. Posłowie dostaną projekt samorządowców po czym wrzucą go do swoich szuflad.
Pytanie czy stworzenie ustawy antydekretowej, takiej która byłaby satysfakcjonująca dla stron sporu i która jeszcze będzie zgodna z konstytucją, jest w ogóle możliwe. Towarzysz Bierut śmieje się zza grobu.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Słowo o sile wyższej
Nad krajem przeszedł kolejny front – burze, tornada i ulewy szalały w całym kraju. Do tego spadł grad wielkości orzechów włoskich. Lodowe kule niszczyły szyby i karoserie samochodów. A jak gradobicie wygląda od strony prawnej?
Dla właściciela samochodu taka przygoda jest gorsza niż stłuczka czy przycierka. Wgnieciony błotnik lub drzwi można wyklepać, auto po gradobiciu nadaje się do kapitalnego remontu. Pokrywa silnika, dach i klapa bagażnika pokryte zostają mozaiką drobnych wgnieceń. Koszt naprawy blacharskiej i lakierniczej może przewyższyć wartość samochodu.
Jeśli twoje auto tak właśnie wygląda po nocnej nawałnicy nie mam dobrych wiadomości. Realne szanse na odszkodowanie masz tylko jeśli wcześniej wykupiłeś odpowiednią polisę ubezpieczeniową obejmującą takie zjawisko.Zgodnie z prawem kataklizmy pogodowe takie jak tornada, powodzie czy gradobicie są traktowane jako vis maior (siła wyższa). Oznacza to tyle, że należą do kategorii zjawisk niezależnych od woli i działania osób trzecich. Są niemożliwe do przewidzenia i nie można im zapobiec.
Rodzi to poważne skutki. Kilka lat temu nieszczęście gradobicia spotkało mojego przyjaciela, który jeszcze przed burzą zostawił auto na parkingu strzeżonym. Wjeżdżając na parking strzeżony i płacąc za postój zawieramy z właścicielem parkingu niepisaną umowę przechowania (art. 835 k.c.). – właściciel parkingu odpowiada finansowo w przypadku kradzieży lub uszkodzenia naszego pojazdu.
Ale zgodnie z art. 471 k.c. parking nie ponosi takiej odpowiedzialność w przypadku gdy utrata bądź uszkodzenie pojazdu nastąpiło z przyczyn od niego niezależnych. W katalog takich przesłanek wpisuje się właśnie wspomniane vis maior. Co prawda można podjąć starania dochodzenia odszkodowania od właściciela parkingu, ale tylko jeżeli regulamin parkingu bądź ubezpieczenie parkingu przewidywało ochronę na wypadek zaistnienia okoliczności, które spowodowały szkodę. To jednak sytuacje bardzo rzadko spotykane. Mój znajomy nie dostał ani grosza.
Podobnie wygląda sprawa w przypadku pozostawienia samochodu na parkingu pod pracą. Pracodawca ma obowiązek pieczy nad rzeczami pracownika, które ten pozostawia aby móc swobodnie wykonywać pracę – może to być biżuteria, ubrania, telefon ale też auto. Samochód używany do transportu pracownika na trasie dom – praca i praca – dom, o ile został umieszczony na parkingu przeznaczonym dla pojazdów pracowników, znajduje się pod opieką pracodawcy, który w tej sytuacji pełni rolę parkingowego. I tak samo jak parkingowy ponosi odpowiedzialność za uszkodzenie pojazdu. Chyba, że nadejdzie taka czy inna vis maior – w takim przypadku pracodawca ma prawo wyłączyć się od odpowiedzialności.
Mój znajomy, któremu grad zniszczył samochód nie zdecydował się na naprawę. Po prostu sprzedał pokiereszowane auto. Cena jaką wziął była żałosna. Teraz ma inny model – większy i ładniejszy. I chroni go odpowiednią polisą.
Dla właściciela samochodu taka przygoda jest gorsza niż stłuczka czy przycierka. Wgnieciony błotnik lub drzwi można wyklepać, auto po gradobiciu nadaje się do kapitalnego remontu. Pokrywa silnika, dach i klapa bagażnika pokryte zostają mozaiką drobnych wgnieceń. Koszt naprawy blacharskiej i lakierniczej może przewyższyć wartość samochodu.
Jeśli twoje auto tak właśnie wygląda po nocnej nawałnicy nie mam dobrych wiadomości. Realne szanse na odszkodowanie masz tylko jeśli wcześniej wykupiłeś odpowiednią polisę ubezpieczeniową obejmującą takie zjawisko.Zgodnie z prawem kataklizmy pogodowe takie jak tornada, powodzie czy gradobicie są traktowane jako vis maior (siła wyższa). Oznacza to tyle, że należą do kategorii zjawisk niezależnych od woli i działania osób trzecich. Są niemożliwe do przewidzenia i nie można im zapobiec.
Rodzi to poważne skutki. Kilka lat temu nieszczęście gradobicia spotkało mojego przyjaciela, który jeszcze przed burzą zostawił auto na parkingu strzeżonym. Wjeżdżając na parking strzeżony i płacąc za postój zawieramy z właścicielem parkingu niepisaną umowę przechowania (art. 835 k.c.). – właściciel parkingu odpowiada finansowo w przypadku kradzieży lub uszkodzenia naszego pojazdu.
Ale zgodnie z art. 471 k.c. parking nie ponosi takiej odpowiedzialność w przypadku gdy utrata bądź uszkodzenie pojazdu nastąpiło z przyczyn od niego niezależnych. W katalog takich przesłanek wpisuje się właśnie wspomniane vis maior. Co prawda można podjąć starania dochodzenia odszkodowania od właściciela parkingu, ale tylko jeżeli regulamin parkingu bądź ubezpieczenie parkingu przewidywało ochronę na wypadek zaistnienia okoliczności, które spowodowały szkodę. To jednak sytuacje bardzo rzadko spotykane. Mój znajomy nie dostał ani grosza.
Podobnie wygląda sprawa w przypadku pozostawienia samochodu na parkingu pod pracą. Pracodawca ma obowiązek pieczy nad rzeczami pracownika, które ten pozostawia aby móc swobodnie wykonywać pracę – może to być biżuteria, ubrania, telefon ale też auto. Samochód używany do transportu pracownika na trasie dom – praca i praca – dom, o ile został umieszczony na parkingu przeznaczonym dla pojazdów pracowników, znajduje się pod opieką pracodawcy, który w tej sytuacji pełni rolę parkingowego. I tak samo jak parkingowy ponosi odpowiedzialność za uszkodzenie pojazdu. Chyba, że nadejdzie taka czy inna vis maior – w takim przypadku pracodawca ma prawo wyłączyć się od odpowiedzialności.
Mój znajomy, któremu grad zniszczył samochód nie zdecydował się na naprawę. Po prostu sprzedał pokiereszowane auto. Cena jaką wziął była żałosna. Teraz ma inny model – większy i ładniejszy. I chroni go odpowiednią polisą.
Okiem adwokata
Witam wszystkich! Dziś inauguruję mój blog, który (prawie) w całości związany będzie z tym, czym zajmuję się na co dzień – czyli prawem. Nazywam się Marek Żórawski i jestem adwokatem z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem, od ponad dwudziestu lat prowadzę w Warszawie swoją kancelarię adwokacką. Jej pracownicy to zespół młodych, utalentowanych, a przede wszystkim skutecznych prawników. Jestem dumny z ich zaangażowania i pomysłowości, która w połączeniu z gruntownym wykształceniem daje znakomite rezultaty.
W tym miejscu będę przedstawiał moje własne przemyślenia i uwagi na temat zmian w prawie, a także ciekawszego orzecznictwa i piśmiennictwa (tak bieżącego, jak i archiwalnego). Nie od dziś wiadomo jak trudno poruszać się w przepisach prawa, wśród licznych paragrafów. Dla osób które nigdy nie miały do czynienia z tą materią niektóre problemy mogą się wydawać niemożliwe do rozwiązania. I właśnie stad pomysł na ten blog – w przystępny sposób chcę pokazać, że każdy problem prawny ma swoje rozwiązanie. Zapraszam więc do lektury, a osoby zainteresowane oczywiście do dyskusji.
Adwokat Marek Żórawski
W tym miejscu będę przedstawiał moje własne przemyślenia i uwagi na temat zmian w prawie, a także ciekawszego orzecznictwa i piśmiennictwa (tak bieżącego, jak i archiwalnego). Nie od dziś wiadomo jak trudno poruszać się w przepisach prawa, wśród licznych paragrafów. Dla osób które nigdy nie miały do czynienia z tą materią niektóre problemy mogą się wydawać niemożliwe do rozwiązania. I właśnie stad pomysł na ten blog – w przystępny sposób chcę pokazać, że każdy problem prawny ma swoje rozwiązanie. Zapraszam więc do lektury, a osoby zainteresowane oczywiście do dyskusji.
Adwokat Marek Żórawski
Subskrybuj:
Posty (Atom)





